niedziela, 16 grudnia 2012

Babeczki cytrusowe.

Niedziela niemal jak zawsze spędzona dość leniwie - jedyną pożyteczną rzeczą, jaką dziś zrobiłam były muffinki ;] Mam słabość do tego rodzaju wypieków, testowałam już parę przepisów, jeden z nich trochę ulepszyłam i według niego piekę najczęściej. Pomyślałam, że udostępnię go tutaj, niech więcej ludzi pozna tę przyjemność, a co! Jeżeli są tu jacyś fani słodkości to ten wpis na pewno przypadnie im do gustu ;)




Potrzebujesz:
  • 300g mąki
  • 120g cukru
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżki startej skórki cytryny
  • torebka cukru wanilinowego
  • 2 jajka
  • 200ml kefiru
  • 100g masła
  • dżem lub konfitura*
  • szczypta soli
* Ja osobiście najbardziej lubię z konfiturą truskawkową, ale np. dżem brzoskwiniowy też świetnie się spisuje :)
Wykonanie:

Proponuję zacząć od roztopienia masła, ponieważ i tak trzeba poczekać aż wystygnie.



Zetrzyj skórkę z cytryny, wrzuć ją do miski, dodaj mąkę, cukier, proszek, sól i cukier wanilinowy. Do drugiej miski wlej kefir, wbij jajka i dodaj roztopione (ale wystudzone!) masło i wymieszaj.


 Potem zawartość jednej miski wrzuć do drugiej i wymieszaj.


Nagrzej piekarnik do 200°C.

Formę (lub foremki) do babeczek posmaruj tłuszczem albo wyłóż papierowymi papilotkami. Łyżką nałóż do foremek ciasta (np. do połowy wysokości). Dodaj na to łyżeczkę dżemu lub konfitury.


Teraz przykryj dżem/konfiturę ciastem.



Babeczki włóż do piekarnika nagrzanego do 200°C i piecz je przez 15/20 minut.


Mija 15 minut.. i gotowe :) Ja dodatkowo posypuje je cukrem pudrem. Poczekaj, aż wystygną i ciesz się smakiem!




Mam szczerą nadzieję, że będą Wam smakowały (;
Za zrobienie 5.,6. i 7. zdjęcia dziękuję mojemu mężczyźnie.

Trzymajcie się słodko!

Lu







wtorek, 4 grudnia 2012

Grudzień będzie lepszy.

W końcu popołudnie i wieczór, kiedy nie wisi nade mną mus robienia czegokolwiek. Uf. No i lepsze samopoczucie utrzymuje się dużej niż pół dnia.. Jest dobrze!

Listopad był dla mnie stereotypowo słaby i smutny, ale na szczęście mamy już czwartego grudnia. Grudzień musi być lepszy! Nikogo już nie dziwi, że w centrach handlowych świecą się przedwcześnie lampki świąteczne, a w marketach można kupić czekoladopodobnego mikołaja, dziwne jest za to, że w tym roku w ogóle się temu nie buntuję i nie psioczę na komercjalizację Świąt. Albo mam ważniejsze sprawy na głowie, albo rzeczywiście chciałabym, żeby Święta już nadeszły. Dom, rodzina, wolne.. Zresztą od Bożego Narodzenia już niewiele do Nowego roku, a mi przydałby się nowy początek.
(#8: lubię początki).

Okazuje się też, że już niedługo nasza rodzina powiększy się o nowego członka, co napawa mnie przeogromnym szczęściem. Będzie mieć około 38°C, mokry nos i cztery łapy. Kto by pomyślał, że sprawy potoczą się właśnie tak.
Kolejnym powodem do radości był telefon informujący mnie o tym, że w przyszłe wakacje lecę do Skandynawii na wyprawę kajakową. O rety rety! <3 




Miałam ostatnio dużo czasu na przemyślenia (a właściwie był to czas, który powinnam przeznaczyć na naukę..). W każdym razie w końcu udało mi się poukładać nieco burdel w mej głowie i jest odrobinę lżej. Ciężko jest pogodzić się z rzeczami, na które nie ma się wpływu, ale chyba nic innego nie pozostaje. Dobrze, że mam przy sobie garstkę życzliwych ludzi, którzy dają mi siłę. Dziękuję, dzięki Wam jest łatwiej.

Przy okazji.. Szkoda, że niektóre bliskie sercu znajomości ulegają rozpadowi. Jedne rozpadają się z hukiem, inne niszczeją powoli. Kiedyś nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak bardzo środowisko może wpłynąć na przyjaźń. Ale nie można zwalić wszystkiego na innych ludzi, na życie. Może po prostu tego nie udźwignęliśmy. Może nie chciało się nam wystarczająco albo czuliśmy się za bardzo zranieni. Jest milion powodów, dlaczego ludziom nie wychodzi.
Parę lat temu zastanawiałam się, jaki jest sens przyjaźni, kiedy jedna osoba nie wierzy drugiej. Dziś dochodzi do tego pytanie: jaki jest sens, skoro jedna osoba nie jest otwarta na to, co powie ta druga. Ludzie są zamknięci na prawdę o sobie. Zadają się z tymi, którzy powiedzą im to, co sami chcą usłyszeć. Osobiście wolałabym, żeby błędy wytknął mi przyjaciel a nie wróg. Jednak wygląda na to, że jestem w mniejszości.


Koniec smęcenia. Można powiedzieć, że budzę się z jesiennego letargu i biorę do działania. Łatwo nie będzie, przez tydzień, miesiąc, rok.. Ale kiedyś nadejdzie dzień, kiedy nie będę już oglądała się za siebie. Wierzę w to, bo Ty wierzysz we mnie. Najwyższy czas wrócić do życia.
xoxo



P.S. Poniżej załączam najbardziej aktualną fotałkę. Muszę przyznać, że polubiłam się z blondem i na razie zostawię go w spokoju. Spodziewajcie się niebawem włosowego posta!

środa, 21 listopada 2012

Zlepek myśli.

Zasypana zużytymi chusteczkami, ubrana w przy duży dres leżę w pościeli w mojej małej twierdzy. W jednej ręce kubek z gorącą herbatą z pigwą, w drugiej myszka. Nawet w dni wolne nie stać mnie na takie wylegiwanie się, ale, jak wiadomo, choroba rządzi się swoimi prawami. I mi samej również daje jedno prawo ekstra - prawo do odpoczynku. Wykorzystuje je więc z lekkimi wyrzutami sumienia.

*wyciera nos*


Tak z rozsądku najbardziej szkoda mi zaległości na uczelni, które sobie robię grzejąc tyłek w domu. Reszta mnie najbardziej buntuje się przeciwko braku ruchu, niemocy pójścia na trening czy na siłownię.. Do tego ten milion spraw do załatwienia, kupienia, podpisania.. Szlag by trafił to przeziębienie!

A ciuuuu!
(#7: znajomi zawsze mówią, że kicham jak pikachu)

Gdyby nie ten poniedziałek, moja chandra zamieniłaby się pewnie już w całkowitą depresję. Na szczęście są jeszcze na tym świecie osoby, które mimo swojego interesu w naszym upadku, nie zawsze podrzucą nam kłody pod nogi. Tak, przyznam, że trochę odzyskałam wiarę w ludzkość i w siebie przy okazji. Tak bardzo tego potrzebowałam.

*wyciera nos 2x*

Moja ściana zapełniła się inspirującymi zdjęciami z gazet, a mi coraz smutniej, że pogoda jest nieprzychylna do tworzenia. Dopiero niedawno odkryłam, co kiedyś zablokowało mnie w robieniu zdjęć. Poprzeczka, którą postawiłam sobie nielogicznie wysoko. Zrobiłam najgorsze, co artysta może zrobić - porównywałam siebie do  innych. Patrzyłam na ludzi, którzy mają ode mnie więcej pieniędzy na sprzęt, wyjazdy, akcesoria.. Byłam rozgoryczona. Chciałam przyspieszyć proces, którego nie da się ot tak przyspieszyć. Przecież to normalne, że nie mam takich samych możliwości rozwoju jak ludzie, którzy dysponują grubszym portfelem, znajomościami albo w życiu zajmują się tylko fotografią. Robiłam coś na siłę i wbrew sobie. Nie wiem, co ja sobie myślałam. No cóż, ważne, że wyprowadziłam siebie z błędnego myślenia. Stąd moja rada do wszystkich artystów - nie porównujcie siebie do innych! Róbcie, co kochacie i nie oglądajcie się za siebie i na boki. Patrzcie na swoich mistrzów i uczcie się od nich. Nigdy nie próbujcie nikogo naśladować ani iść po jego śladach.

*wyciera nos 3x*

Ostatnio jeżeli chodzi o fotografię kręcą mnie tylko mroczne klimaty i fashion, mam nadzieję, że uda mi się znaleźć zdolnych ludzi, którzy pomogą zrealizować moje wizje, mimo słabych warunków atmosferycznych. Świadomość, że setki osób czekają na moje kolejne kroki zawsze dawała mi siłę. Dziękuję!

*kolejna łyżka syropu przelewa się przez gardło
*

 To by było na tyle moich wypocin na dziś. Nie dajcie się zarazkom!

To może tym razem bez buziaków,
Lu

sobota, 17 listopada 2012

Gnijąca panna Ewelina.


Od początku istnienia tego bloga miałam zamiar dodać tu kategorię 'Behind the scenes' i w końcu to robię :) Wcześniej miałam zastój w sesjach, a starych nie chciałam tu wrzucać. Mam nadzieję, że spodobają się Wam posty pod etykietę 'BTS' ;)

Niedawno wróciłam ze zdjęć z dzielną Eweliną, której nie przerażała temperatura za oknem. To nie pierwsze nasze fotograficzne spotkanie i z pewnością nie ostatnie. Po świecie powinno chodzić więcej ludzi z takim dystansem do siebie i innych jaki ona! Jeżeli chodzi o foty bekstejdżowe to Grzybu jest zdecydowanie moim numerem jeden ;) Zresztą sami zobaczycie. Miłego oglądania!









A na koniec ja, z opadniętymi jeaginsami w przygłupawej pozie <spoko>



Właściwe zdjęcia z tej sesji będzie można zobaczyć w najbliższym czasie na:
https://www.facebook.com/lukri.photo

Buziaki,
Lu


niedziela, 11 listopada 2012

* * *


ciągle zbyt wiele mówimy, a zbyt mało rozumiemy

za często się dotykamy, za rzadko czujemy to, co jest pod skórą  


kroimy ból własnym sumieniem
i wręczamy go sobie w porcjach na każdy dzień tygodnia
pudełko z etykietą 'nie chciałem'


za dnia z premedytacją zatruwamy powietrze
by w nocy przekazać sobie antidotum

z ust do ust  
namiętnie

milczymy 
by zatęsknić za swoim głosem

wycofujemy się
by z rozpędu rzucić się sobie w ramiona


nienawidzimy
by móc jeszcze mocniej pokochać


środa, 7 listopada 2012

Z tytułu jesieni..



Mam bardzo specyficzne samopoczucie. Skąd się wzięło? Czy to przez coraz krótsze dnie? A może przez chłód, który wkrada się do naszego gniazdka każdą najmniejszą szczeliną? Jedno uważam za pewne - jesień maczała w tym palce.

Taki wieczór jak ten sprzyja przemyśleniom, na szczęście nie tak bolesnym jak te sprzed kilku dni. Siedzę, myślę i wypijam kolejny kubek zielonej herbaty. (fakt #6: Nie zawsze tyle piłam, a weszło mi to w nawyk przez osobę, z którą jeszcze nie tak dawno potrafiłam przegadać wiele godzin przy herbacie. Staram się nie myśleć o tym w kategorii 'to jedyna pożyteczna rzecz, jaka wynikła z tej znajomości'..)
To zdecydowanie nie jest najlepszy moment na pisanie posta. Mogłabym w tym czasie (byłoby wskazane.. a właściwie powinnam) zgłębiać tajniki matematyki, królowej nauk. Po części właśnie w tym rzecz. Mam sporą blokadę mobilizacyjną, jeżeli chodzi o naukę na kierunku, którego prawdopodobnie po roku nie będę kontynuowała, mimo że chciałabym go ukończyć. Na początku podchodziłam do tego z większym entuzjazmem, bardziej wierzyłam, że jest to wykonalne, ale spójrzmy prawdzie w oczy - studia medyczne to schody prowadzące w górę, a nie w dół. Musiałabym być co najmniej nadczłowiekiem, żeby temu podołać obu kierunkom naraz. 

Na szczęście mobilizacji w innych kwestiach mi nie brak. Uwielbiam ruch, a skoro musiałam tymczasowo zrezygnować z tańca, przynajmniej regularnie odwiedzam siłownię. Nadal ubolewam nad tym, że mój plan zajęć nie pozwala mi uczęszczać na najulubieńszą koszykówkę i zamiast tego pozostało mi udoskonalanie umiejętności siatkarskich. Podjęłam też decyzję o powrocie do AZS-u. Nawet cieszę się, że tym razem będę reprezentowała drugą uczelnię. Gdybym nie złożyła przysięgi, że będę mówiła o Przyrodniczym tylko dobre rzeczy, sypnęłabym paroma soczystymi wyrażeniami pod adresem polityki, jaką prowadzi ta uczelnia. Niestety w takim wypadku będziecie musieli obejść się smakiem ;]

A teraz coś w rodzaju postanowienia(?). Ostatnio na blogspocie, a jeszcze wcześniej na tumblr mignęły mi zdjęcia kobiet o gładkich, umięśnionych ciałach. Nie, nie próbujcie wyobrazić sobie czegoś w rodzaju żeńskiej wersji Hardkorowego Koksa, nie to mam na myśli. Po prostu zadbana płeć piękna o szczupłej figurze z ładnie zarysowanymi mięśniami. Pomyślałam sobie: czemu by nie postawić sobie takiego obrazu za (mini)cel? Każda kobieta dobrze wie, jak to jest być znudzoną na przykład własną fryzurą, a w tym wypadku ja jestem znudzona swoim ciałem. Jest takie przeciętne! Skoro napisałam o tym tutaj, to może będę czuła się zobligowana do pracy w tym kierunku. W najgorszym wypadku wpadnę w jesienną depresję i skończę, oglądając seriale w towarzystwie paczki pierniczków ;]

Późno już, czas na gorącą kąpiel. Na pożegnanie ślę Wam mydlane serduszko:





Dobrej nocy,
Lu



piątek, 2 listopada 2012

Znicz czy dynia? Jedno i drugie!


Mało rzeczy na świecie tak mnie denerwuje, jak ludzie gadający głupoty. Tym bardziej w internecie, gdzie naprawdę każdy może kreować siebie jak chce - dlaczego więc większość ludzi wybiera bycie idiotą?
Ale po kolei. Jak można uczestniczyć w jakimś święcie kościelnym, nie wiedząc na czym ono polega? No po prostu nie potrafię tego pojąć. Dlaczego ludzie dookoła rozgadują, że Wszystkich Świętych to święto rozpaczy? Dlaczego młodzież narzeka, że 'trzeba zamulać z rodziną' zamiast wyjść na piwo ze znajomymi? Dlaczego dorośli nie wyprowadzają innych z błędu? Pewnie dlatego, że sami, za przeproszeniem, gówno wiedzą.
To chyba nie jest naturalna sytuacja, że innowiercy wiedzą o katolicyzmie więcej od samych zainteresowanych. Dla niedoinformowanych: Wszystkich Świętych to dla (prawdziwych) katolików dzień, radowania się, dlatego, że ich bliscy, którzy odeszli, znaleźli się blisko Boga w Niebie. Sami powiedzcie, dlaczego mieliby się smucić, skoro wierzą, że Tam jest lepiej niż na ziemi? Gdyby chodzili do kościoła, wiedzieliby, co mówią księża – radujmy się, bawmy! To nie jest dzień, kiedy trzeba zamknąć się w domu i płakać.
Ludzie mylą założenia 1. i 2. listopada. 1. to dzień Wszystkich Świętych, a 2. to dzień Zaduszny. I właśnie tego drugiego katolicy mają czas na modlitwę i zadumę. Powinni modlić się o zmarłych, którzy trafili do czyśćca, by w końcu ich dusze mogły trafić do Pana. Jak widać na wszystko jest odpowiedni czas – i na zabawę, i na zadumę.

Chciałam wypowiedzieć się też na temat Halloween, eventu, który najbardziej kojarzy nam się z Ameryką. Najpierw obserwacje w internecie:
Faza pierwsza, Polacy wrzucają na portale społecznościowe zdjęcia powycinanych dyń i swoich strojów na imprezy o strasznej tematyce.
Faza druga, Polacy, którzy nie są fanami dekoracji zrobionych z pomarańczowych warzyw, krytykują tych pierwszych za 'małpowanie' Amerykanów i odrzucenie własnych tradycji. Dodają, że zamiast wyjść bawić się 31. października, tamci powinni pójść na cmentarz, by zapalić babci znicz.

Próbowałam zrozumieć zarzuty tej drugiej grupy. Po pierwsze, co ma Halloween do palenia zniczy? Jeżeli już mowa o tradycjach – znicze pali się pierwszego listopada, a nie 31. października. Po drugie, dlaczego nie można wyjść się pobawić, skoro w Polsce sąsiadujące święto z Halloween również jest wesołe?
Co ciekawe, podczas rozmowy z przedstawicielem drugiej grupy, dowiedziałam się, że nie wie on nawet, jakie jest założenie dnia Wszystkich Świętych, a tak bardzo walczył o to, by o nim pamiętać. Czy to nie zabawne? Wniosek jest prosty– jak już krytykujemy, róbmy to z sensem.

Przyznaję, że należę do osób, które uwielbiają zabawę. Nie jestem już nastolatką, a mimo to dużą frajdę sprawiają mi imprezy tematyczne, a właśnie Halloween to dobra ku temu okazja. Czy uczyniłam komuś krzywdę przebierając się w ten dzień i spotykając się z przyjaciółmi? Albo czemu winne jest dziecko, które maluje całą twarz na biało, owija się prześcieradłem i biega po ulicach? Czy ci sami krytykanci wojują w walentynki z zakochanymi parami i czerwienią dookoła? Przecież jest to bardzo prosta sprawa: nie chcesz – nie uczestniczysz.

Na rzecz częściowego celebrowania Halloween nie odrzucamy żadnych polskich tradycji, dlaczego więc miałby to być argument w walce przeciwko temu świętu(?) ?
Hipokryzja niektórych ludzi nie ma granic. Najpierw zachwycają się filmami, programami i produktami zza Atlantyku, a potem dziwią się, że wpływy z USA są u nas, w Polsce, coraz bardziej widoczne. Ja osobiście uważam Halloween za ciekawą propozycje, jednocześnie nie walczę o to, by znalazła się w naszym kalendarzu. Bo ja o nic nie walczę. Ja się po prostu dobrze bawię.

Pozdrawiam,
Lu



P.S. Dorzucam zdjęcie bezczelnie amerykańskiej wersji MNIE.




sobota, 27 października 2012

Bezczelny śnieg.



Śnieg bezczelnie wtargnął do mojego października, ale na szczęście zdążyłam zabezpieczyć się przed chłodem i mrozem. W końcu zmobilizowałam się do przyszycia guzików do płaszcza oraz odkopałam szaliki, czapki i rękawiczki. Renifery na swetrach i akcesoriach również w gotowości. Teraz to nawet pogoda taka jak ta za oknem nie jest mi straszna.

(fakt #5: kocham sport!)
Mój sposób na wewnętrznego lenia zadziałał. Spora dawka ruchu potrafi czynić cuda, naprawdę! Jeszcze przed tygodniem z trudem wstawałam na poranne zajęcia.. i w ogóle z trudem do wszystkiego się zabierałam. A właściwie zabrać się nie mogłam. Teraz jestem lepiej zorganizowana i mam w sobie więcej energii, duuużo więcej. A wszystko dzięki kopniakowi w dupsko w postaci sportu: siatki, tańca i siłowni. Polecam ten sposób wszystkim leniwcom. Na początku ciężko się zmobilizować, ale jeżeli zrobicie to raz, drugi, trzeci, wpadniecie w rytm i nowa energia pozwoli Wam działać. Pomyślcie o tym ;)

Jestem trochę, a nawet bardzo niepocieszona. Miały być dziś foty, a tymczasem za oknem zawieja śnieżna. No nic, jak nie teraz to potworzę podczas długiego weekendu w rodzinnych stronach. Trzymajcie kciuki za ludzi i pogodę ;)
Wracam do obrabiania starych i nowych zdjęć, jakoś tak mnie wzięło. A piosenką na dzisiaj jest przeuwielbiany Lamb of God:




Trzymajcie się ciepło!
Lu


sobota, 20 października 2012

Szop shoppingowy.


Jestem maksymalnie zmechacona.
Po zajęciach praktycznie cały dzień spędziłam na shoppingu. Najpierw wpadłam w głęboką depresję, gdyż nie zakupiłam niczego, czego szukałam. Sami zresztą wiecie, jak działają na człowieka nieudane zakupy. Na szczęście późniejszy obchód second handów z moją W. był bardziej owocny (mimo że nogi to mi prawie odpadły) i zdecydowanie poprawił humor - kupiłam trzy rzeczy z myślą o sobie i dwie, z myślą o zdjęciach (w końcu!♥). Dwie z nich mam zamiar przerobić na swój sposób, ale o tym wkrótce  <mam nadzieję>.

Miałam zamiar napisać coś dłuższego, ale niestety mam budyń zamiast mózgu. Serio. W związku z tym daruję sobie na dziś (lub na tę noc) i po prostu będę życzyć Wam miłej nocy. See ya!

zmęczona, zaspana, zmechacona
Lu

(fakt #4: fotografuję, a paczeć można tu: 
https://www.facebook.com/lukri.photo)

sobota, 13 października 2012

Pociągowa wena.

(pisane kilka godzin temu)

J
estem gdzieś między domem a drugim domem. Na granicy dwóch województw. W pociągu. W trasie. Słońce omiata soczystymi promieniami łąki, pola i lasy. Takie widoki całkowicie rekompensują mi wczesną pobudkę i spowodowane tym niewyspanie, żałuję tylko, że nie wzięłam ze sobą aparatu. To już niemal odruch – chęć uwiecznienia chwil na zdjęciu. Zamykam oczy. Nagle przypomina mi się mój dawny odruch – sięgnięcie po coś do pisania.

Kiedyś prowadziłam pamiętnik, dziennik właściwie. Teraz zaglądam do niego naprawdę sporadycznie. Kiedy go otwieram i chwytam za długopis, nie wiem od czego zacząć. Myśli są milion razy szybsze od mojej prawej ręki. Ciągle jest za dużo do powiedzenia. Ciągle zaległości. To sprawia, że sięgam do niego jeszcze rzadziej.

Dlaczego ludzie piszą dzienniki? Zapewne każdy ma swój własny powód. Ja miałam dwa powody. Pierwszy, bardziej standardowy, to chęć uporządkowania myśli i wylania z siebie goryczy (tak, małe dziewczynki też potrafią cierpieć i wcale nie mam na myśli zgubienia pluszowego misia). Drugi nie jest istotny w tej chwili. Zaczęłam pisać w pamiętniku, kiedy zdałam sobie sprawę, że nadmiernie przeżywane przeze mnie negatywne emocje zabierają mi kawał mojego dzieciństwa (oczywiście wtedy użyłabym słowa 'życia'). Rozmowy z przyjaciółmi nie dawały mi tyle, co spisanie i przemyślenie tego, co mnie spotkało i tego, co siedziało w mojej głowie. Skoro miałam ze sobą problem, wierzyłam, że to ja sama muszę sobie z nim poradzić, więc.. pisałam.
Pisałam, odkładałam go, otwierałam znowu, analizowałam po ochłonięciu z emocji. Wiele temu zawdzięczam. Stałam się życiowo silniejsza, bardziej odporna na otoczenie. Nie obeszło się jednak bez minusów mojej nowej strategii. Zawsze byłam o krok do tyłu, nie potrafiłam szybko reagować, walczyć o swoje tu i teraz. Zawsze potrzebowałam czasu na przeanalizowanie czyichś słów, nie było więc mowy o tzw. ciętej ripoście. Nie to był jednak największy problem.

Przez lata walczyłam ze swoją nadwrażliwością, brakiem akceptacji i niskim poczuciem własnej wartości. Nie wydaje mi się, żeby siedziało to w mojej głowie od urodzenia, ale nie zamierzam też nikogo obwiniać za ten defekt. W pamiętniku miałam swoistego sojusznika, cichego słuchacza, który nigdy mnie nie oceniał. Chciałam wrócić do bycia beztroskim i szczęśliwym dzieciakiem i nie martwić się tym, co myśli o mnie świat. Przeszłam wewnętrzną przemianę, a pamiętnik stał się zapisem drogi, jaką pokonałam. Stałam się bardziej otwarta, śmielsza, coraz łatwiej było mi nawiązywać znajomości. Czułam się lepiej ze sobą. Zrozumiałam, że jeżeli ja nie zobaczę siebie w jaśniejszym świetle, nikomu się to nie uda.

Nie wyleczyłam się w jeden dzień i nie wyleczyłam się też całkowicie. Wciąż jestem nadwrażliwa, przeżywam mocniej, intensywniej, co oczywiście najlepiej widać przy negatywnych emocjach. To jak choroba, która zabiera, a nie daje niczego w zamian. Czasem łzy napływają mi do oczu, nawet kiedy moja dusza nie cierpi – tak, jakby moje ciało miało określoną dawkę płynu fizjologicznego do pozbycia się i tylko czekało na jakikolwiek pretekst. W takich sytuacjach mój rozum nie ma zbyt wiele do powiedzenia, chociaż pracuję nad tym. Niestety metoda mnożenia i dzielenia w myślach nie zawsze spełnia swoją rolę. Ale uwierz – jest o niebo lepiej niż było.

To, co ostatnio zajmowało moje myśli to ludzie, którzy próbują nam odebrać to, nad czym tak ciężko pracowaliśmy. W moim wypadku największą wartością (zaraz po przyjaźni i miłości) jest to, ile potrafiłam w sobie zmienić na lepsze. Wiele mnie kosztowało, żeby móc szczerze uwierzyć we własne możliwości, a jeszcze więcej żeby się nie poddawać. Bo upadek sam w sobie nie jest porażką – jest nią zaprzestanie walki o siebie i swoje ideały.
I kiedy po tym wszystkim, co przeszłam i osiągnęłam, ktoś pluje mi prosto w twarz, ktoś, od kogo nigdy się nie odwróciłam, komu dodawałam otuchy, gdy tego potrzebował, ktoś, przed kim potrafiłam się otworzyć.. pękam. Moja szczelnie wzniesiona bariera chroniąca wrażliwe wnętrze rozpada się na cholerne kawałki. Ciało cieszy się, że pozbędzie się porządnej dawki płynów, a ja tym razem nie protestuję. Wiesz dlaczego? Bo naprawdę czuję się jak gówno. Bo w tym momencie rzeczywiście wierzę, że jestem warta tyle, co nic.




Tu pojawi się nadzieja dla ludzi, którzy boją się, że nie warto pracować nad swoimi słabościami. Ta krótka historia nie kończy się moim skokiem z mostu ani porzuceniem obranej drogi, co znaczy że nawet to potrafiłam przełknąć. A to za sprawą niczego innego, jak starań i czasu poświęconego na budowanie własnej wartości. Czegoś, czego nikt nie ma prawa mi odebrać.
Nikomu nie życzę przeżywania czegoś takiego i w takiej intensywności. Osoby, które nas depczą w najlepszym wypadku są lepsze od nas tylko w małym procencie (a pomyśl o reszcie, która wcale nie ma powodów, by się wywyższać). Może w jednej dziedzinie życia idzie im lepiej od nas, ale zapewniam Cię, że gdyby było inaczej, nie czułyby potrzeby zrównywania nas z ziemią. Nie musiałyby sobie tym poprawiać humoru! Nie wiem, co kieruje takimi ludźmi, ale przypuszczam, że kompleksy, zazdrość o inne sfery życia, jakieś własne frustracje. Nie bierzmy tego na swoje barki. Odwróćmy się, odejdźmy. Takie osoby potrzebują psychoterapeuty z pewnością bardziej niż my.

Siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna, na oko przed trzydziestką, blue collar worker, pyta mnie, czy piszę książkę. Z uśmiechem odpowiadam, że nie, tak tylko spisuję myśli. W tym momencie przypominam sobie, że będąc małą dziewczynką marzyłam o napisaniu książki. Ale jaka mała dziewczynka o tym nie marzy?
Zawijam się w ciepły szalik, na głowę naciągam wełnianą czapkę. To już koniec mojej podróży.


A dlaczego ludzie piszą blogi? Zapewne każdy ma swój własny powód.

Lu

środa, 10 października 2012

21. !

Siemanko!
Jako, że wczoraj stuknęło mi oczko, pomyślałam, że mogę podzielić się z Wami prezentami, jakie dostałam z tej okazji. Wszystkie, które (już) do mnie trafiły bardzo mnie ucieszyły :) Jednak, jak wiadomo, najlepszym prezentem, i jak się okazuje - luksusowym, jest możliwość świętowania z bliskimi i ludźmi, na których ci zależy. Dlatego jeszcze raz: dziękuję wszystkim przybyłym w sobotę <3

No, ale do rzeczy:



(fakt #3: mam słabość do wszelkich motywów zwierzęcych)

Polecam to masło, pachnie cudownie ♥

Teraz to dopiero będę rozpieszczać moich współlokatorów ;)


To w bonusie jeszcze foteczky z imprezy:

(pierwszy raz robiłam oponki, wyszły przepyszne!)


Trzymajcie się ciepło ;)
Lu




wtorek, 2 października 2012

Pierdu, pierdu..

Co za męczący dzień!
Niby to pierwszy tydzień, zajęcia organizacyjne, ale jednak trzeba o tej 6 z hakiem wstać. No i na pewno nie pomaga tu moje późne zasypianie i budzenie się co 1,5h. Kiedy telefon próbuje mnie rano obudzić i zmobilizować do ogarnięcia życia, moja pierwsza myśl to 'e tam, przecież nic się nie stanie jak zostanę tu jeszcze chwilę..'. Niestety zaraz potem uświadamiam sobie, że studia to nie liceum. A szkoda.

Poniedziałki nie będą (chyba..?) takie złe. A przynajmniej nie powinnam znienawidzić ich bardziej niż czyni to reszta społeczeństwa. Z moim 'szczęściem' jak zwykle trafiłam do jednej z najbardziej zaawansowanych grup językowych. Jak zwykle nie wiem, co w niej robię. Pocieszam się, że dzięki temu może moja językowa 'świetność' powróci.
(fakt #2: Jestem raczej optymistką) 


Wtorek boli bardziej. Nie wiem, jakim cudem zdam grafikę skoro z moim talentem nie będę w stanie narysować prostej linii nawet od linijki. No doobra, może trochę przesadzam.. choć naprawdę bywam antyzdolna. Od rana też karmie się nadzieją, że przepiszą mi fizykę.. Och, o ileż lepsze byłoby życie bez nakurwiania sprawozdań na ten przedmiot! Chociaż powiedzmy sobie szczerze, że szanse na to są, jakie są.
Ale najgorsze i tak jest jeżdżenie z jednej uczelni na drugą.

P.S. W końcu znalazłam chwilę, żeby odebrać paczki z poczty. Jak przetestuję, to pochwalę się ich zawartością ;) Wtedy też pojawi się jakaś konkretniejsza notka. Ciao!


niedziela, 30 września 2012

Nowy początek


No to zaczynamy!
Pewnie zajmie mi trochę czasu, zanim ten blog uzyska pożądany wygląd i we wszystkim się tu połapię.. no ale cierpliwości.



Każda chwila na zmiany i nowe początki jest dobra (nawet jeżeli jest to rozpoczęcie nowego roku akademickiego).
Cześć, jestem Lukrem. Albo Lukrecją. Albo Królikiem. Kajakarką. Narciarką. Fotografką. Łot efa! Dla przyjaciół Lukri.
Pod tym adresem znajdziecie posty o moich pasjach, codzienności, walce ze złymi nawykami żywieniowymi, o miłości do zwierząt i sportu, i zapewne o rzeczach, które teraz nie przychodzą mi do głowy.
No to powiedzmy, że jako taki wstęp mamy już za sobą.

Korzystając z okazji podzielę się fotkami z wczorajszej imprezy.
(fakt #1: uwielbiam imprezy tematyczne!)















Do następnego!
Lukier with love